Jean Moreas – SYMBOLIZM

Manifest symbolistyczny, ogłoszony po raz pierwszy na łamach „Figaro Litteraire” z dnia 18 września 1886 r. (skrót).

Ferdinand Hodler Dzień, 1900. Berno, Kunstmuseum

Ferdinand Hodler Dzień, 1900. Berno, Kunstmuseum

Jak wszelka sztuka, tak też rozwija się literatura: cykliczny postęp ze ściśle zdeterminowanymi nawrotami, skomplikowany przez roz­maite modyfikacje, do których prowadzi bieg czasu i przeobrażanie środowiska. Nie ma potrzeby nadmieniać, że każda nowa, zdolna do rozwoju faza sztuki sąsiaduje bezpośrednio ze starczym zniedołężnieniem, z nieuniknionym końcem szkoły poprzedniej. Wystarczą dwa przykłady: Ronsard triumfuje nad niemocą naśladowców Marota; romantyzm rozwija swój proporczyk na ruinach klasycyzmu, których tradycje kontynuowali na dobre i złe Casimir Delavigne i Etienne de Jouy. Każda manifestacja sztuki pewnego dnia wyczerpuje się nieu­chronnie, a wszystko to, co było pełne ognia i świeżości, usycha i kurczy się, od kopii do kopii, od imitacji do imitacji. To, co z początku nowe i spontaniczne, staje się mdłe i oklepane.
Tak też było z romantyzmem: gdy przebrzmiały wszystkie dzwony alarmowe buntu, gdy minęły dni chwały i walki, utracił swoją siłę i urok, wyrzekł się heroicznej śmiałości, został usunięty na bok, sceptyczny, mędrkujący. Po szacownej i martwej próbie parnasistów obiecywał sobie złudną drugą wiosnę, aby w końcu, niczym monarcha popadający w zdziecinnienie, ustąpić miejsca naturalizmowi, któremu nie można przypisać żadnej poważnej wartości, poza wartoś­cią protestu – prawowitego wprawdzie, ale nierozważnego – przeciw­ko jałowości kilku wówczas sławnych powieściopisarzy. Należało więc oczekiwać nowej manifestacji artystycznej; była ona konieczna, ba, nieunikniona. Ów kierunek, który fermentował od dawna, docho­dzi teraz do głosu. A wszystkie te śmieszne bagatelizowania wiecz­nych optymistów, prasy, wszystkie zaniepokojenia w poważnych krytykach, wszystkie negatywne reakcje opinii publicznej, która w swym głupim zobojętnieniu została zaskoczona przez nowy ruch, co dnia służą tylko coraz silniejszemu potwierdzeniu żywotności obecne­go rozwoju literatury francuskiej – tego rozwoju, który pewni nadgor­liwi znawcy, opacznie go zrozumiawszy, określili mianem dekadencji. Zwracam im jednak uwagę, że literatura dekadencka w istocie okazuje się przede wszystkim łykowata, rozwlekła, nazbyt skrupulatna i służal­cza: wszystkie tragedie Woltera na przykład naznaczone są taką odrobiną dekadencji. Jakiż jednak zarzut można dzisiaj postawić tej nowej szkole? Jakiż zarzut właściwie się jej stawia? Nadużycie przepy­chu, dziwaczność porównań, nowe słownictwo, w którym dochodzi do harmonijnych połączeń z barwami i liniami: charakterystyczna cecha każdego odrodzenia.
Zaproponowaliśmy już nazwę SYMBOLIZM jako jedyną, która może trafnie określić aktualny prąd twórczego ducha w sztuce. Chce­my trzymać się tego miana.
Powiedzieliśmy na początku tego artykułu, że proces rozwoju sztuki ma przebieg bardzo skomplikowany przez modyfikacje i nawro­ty, toteż aby prześledzić zdrowe pochodzenie owej szkoły, trzeba by sięgnąć do pewnych wierszy Alfreda de Vigny, do Szekspira, do mistyków i jeszcze dalej. Kwestie te wymagałyby całego tomu komen­tarzy. Powiedzmy więc, że Charles’a Baudelaire’a należy nazwać prawdziwym prekursorem nowego ruchu. Stephane Mallarme dał mu poczucie rzeczy tajemniczych i niewypowiedzianych; Paul Verlaine rozbił – ku jego czci – okrutne okowy wiersza, które subtelny Theodore de Banville uczynił już bardziej giętkimi. Ostateczne zaczarowanie tymczasem nie zostało jeszcze osiągnięte: bezwarunkowa i niepoko­jąca praca oczekuje na nowych przybyszy.
Będąc wrogiem wszelkiej afektacji, wszelkiej fałszywej czułostkowości, ale też wszelkiego obiektywnego opisu, poezja symbolistyczna stara się ująć ideę w sensytywną formę, która jednak nie zadowala się samą sobą, lecz jest podporządkowana idei; forma służy idei jako środek wyrazu. Idea z kolei nie może dopuścić, by pozbawiono ją rozrzutnej ozdoby zewnętrznych analogii; bo istotna właściwość sztuki symbolistycznej polega na tym, że idei nigdy nie utrwala się pojęciowo ani nie wyraża wprost. I dlatego obrazy natury, czy ludzi, wszystkie zjawiska konkretne nie mogą w tej sztuce ukazywać się same, lecz są przedstawiane symbolicznie przez sensytywne wyczu­walne ślady, przez utajone powinowactwa z pierwotnymi ideami.
Zarzut niezrozumiałości, wytaczany takiej estetyce przez czytelni­ków, którzy się w niej gubią, nie jest zaskakujący. Ale cóż przeciw niemu przemawia? Ostatecznie pytyjskie pieśni zwycięskie Pindara, Hamleta Szekspira, Nowe życie Dantego, drugą część Fausta Goethe­go i Kuszenie Świętego Antoniego Flauberta też obwiniano o niezrozumiałość.
Dla ścisłego przedstawienia swej syntezy symbolizm potrzebuje prototypowego i kompleksowego stylu: nie zużytych słów, na prze­mian to surowo skomponowanych, to swobodnych zdań, znaczących pleonazmów, tajemniczych opuszczeń słów, przełamywania sztywnej gramatyki, obrazowych, śmiałych i wielokształtnych wyrażeń, a prze­de wszystkim dobrego języka z czasów przed Vangelisem i Boileau–Despreaux, języka Francois Rabelais’a i Philippe’a des Commines, Francois Villona, Rutebeufa i wielu innych niezależnych pisarzy, którzy umieli słowami trafiać celnie jak Trakowie swoimi strzałami.
Ujęcie powieści symbolistycznej jest wielowarstwowe; spotykają się tu elementy na pozór sobie obce: raz osobliwa postać porusza się w kręgach, które są udziwnione przez jej własne halucynacje, jej temperament. W tym udziwnieniu jednak tkwi jedyna realność. Istoty o mechanicznych gestach, o mrocznych sylwetkach poruszają się wokół tej osobliwej figury: służą jej jedynie za pretekst wrażeń i domniemań. Ona sama jest tragiczną lub błazeńską maską, maską wszakże pełnego, choć pomyślanego tylko, człowieczeństwa. To znów postacie, uwikłane, aczkolwiek tylko powierzchownie, wdzianie się ogólne, na przemian w konflikty i w stagnację, dają się porwać do czynów, które potem jednak pozostają nie dokonane. Niekiedy wyła­dowują się indywidualne objawy woli; nadciągają, skupiają się, łączą skierowane na jeden cel, który – czy osiągnięty, czy chybiony -odrzuca je z powrotem na pozycje wyjściowe.’
To znów pojawiają się w całej okazałości mityczne urojenia – od antycznego Demagorgona po Beliala, od Kabirów po Nigromanów-na skale Kalibana czy w lesie Tytanii, przy akompaniamencie dziwacz­nych, nigdy nie słyszanych dźwięków. W ten sposób symbolizm gardzi dziecinną metodą naturalistów (Zolę ratował wyborny instynkt pisarski). Powieść symbolistyczna, dostarczająca bodźców emocjo­nalnych, opiera się w zasadzie na subiektywnej deformacji: gdyż w obiektywnym świecie widzialnym sztuka może szukać jedynie najprostszego punktu wyjścia.

Powiązane:

Zostaw odpowiedź